czwartek, 26 grudnia 2013

Rozdział 2.

Przez parę dni nic się nie działo, i każdy mógł wrócić do normalnego życia. No dobrze, prawie każdy. Jak zwykle wszyscy nas wyśmiali, że wymyślamy jakieś nie stworzone historie i bez podstawy ich wszystkich przestraszyliśmy. Ale w głębi duszy czułam nadchodzące niebezpieczeństwo. Przechodziłam właśnie przez zatłoczoną ulicę. Krople deszczu spadały strugami na kaptur mojego karminowego płaszcza, całkowicie go przemaczając. Zatrzymałam się na chwilę przed szybą sklepową. Zdjęłam kaptur i spojrzałam na swoje odbicie. Miałam  długie kasztanowe włosy które opadały kaskadą na ramiona, a na świat patrzyłam dużymi,lazurowymi oczami, które okalał rząd długich, lśniących,czarnych rzęs. Małe brzoskwiniowe usta wykrzywione w niepewnym uśmiechu , oraz nieco zadarty nos. Policzki płonęły czerwonym rumieńcem na tle jasnej cery. Byłam raczej szczupłą osobą o zgrabnej sylwetce. Odchodząc od szyby wyjęłam telefon i postanowiłam zadzwonić do mojej najlepszej przyjaciółki Gwen. Przyłożyłam telefon do ucha. Czekałem aż może odbierze, ale jednak tylko włączyła się poczta głosowa. Głośno westchnęłam i ruszyłam dalej brukowaną uliczką. Doszłam do mojego domu, 1 rodzinnej willi z czerwonej cegły.  Weszłam przez szklane drzwi od strony patio, które prowadziło prosto do kuchni. W niej zastałam mojego ojczyma, Jonathan'a. On również miał córkę w moim wieku, której szczerze nienawidziłam. Jonathan cały czas mi wypominał że mam takie nie poważne imię (Zoe), że powinnam mieć imię jak jego córeczka, Geneviefe, i jej przyjaciółeczki Meredith i Vivianne. Ale miałam  jego skargi poprostu gdzieś. -Cześć.- powiedziałąm wchodząc przez drzwi. - Dzień dobry. - odpowiedział Jonathan przeglądając gazetę i popijając kawę. Podeszłam do miski z owocami i wybrałam jabłko  o krwistoczerwonej barwie. Ugryzłam je i ruszyłam w stronę schodów z podgrzewanymi stopniami, które prowadziły do mojego pokoju. Weszłam na piętro i zobaczyłam, iż drzwi do mojego pokoju są uchylone. Gdy przez nie weszłam na ścianie widniał napis w kolorze krwi który głosił:  PRĘDZEJ CZY PÓŹNIEJ I TAK ZGINIECIE. Wrzasnęłam i zbiegłam po schodach. Szybko chwyciłam kurtkę i pobiegłam przez ogród do naszego prywatnego stawu. Stanęłam na pomoście wpatrując się w czarną toń stawu. widać było moje odbicie . Nagle za mną pojawiło się odbicie kogoś innego...nieznajomego. Odwróciłam się szybko. Niestety nie zdążyłam przyjrzeć się twarzy nieznajomego, gdyż popchnął mnie i wpadłam do jeziora. Nie mogłam się wynurzyć, coś ciągnęło mnie na dno. Słyszałam coraz szybsze bicie mojego serca,czułam każdą komórkę mojego ciała, jednak nie mogłam poruszyć niczym. Krew szumiała mi w uszach, a oczy zachodziła coraz bardziej mgłą. Przed oczami widziałam tylko czerń, ciemność której nie mogłam uniknąć. Całe życie przeleciało mi przed oczami. Jednak już nic więcej nie pamiętam..



Hej z tej strony TaSzalona:*  bardzo proszę o komentarze, one wiele dla mnie znaczą, dzięki nim wiem czy ktoś mnie czyta i czy  dalej mam kontynuować moja przygodę z pisaniem. Z góry dziękuję :)

1 komentarz: